|
|
Karolowa zasiadka nad Pstrążną - sierpień 2008r. |
Tegoroczny urlop postanowiłem poświęcić na poznanie komercyjnego łowiska Pstrążna, które znajduje się na Śląsku niecałe 14km od Rybnika. Całe przedsięwzięcie było o tyle nowatorskie z mojej strony, iż postanowiłem na moją tygodniową zasiadkę zabrać ze sobą małżonkę wraz z moją pociechą 2 letnim synem Wiktorem. Miałem pewne obawy co do tego rodzinnego (karpiowego) wyjazdu, jednak przełamałem się i zaryzykowałem, a jedyną pocieszającą myślą był fakt ,iż włascicielka posiadała przyczepę campingową którą wypożyczyłem w celu zapewnienia ludzkich warunków mojej rodzince. Przed wyjazdem żonka zajeła się przygotowaniem siebie oraz małego a ja tzw. logistyką pakowania małego samochodu. Wyjechaliśmy czwartego sierpnia przed południem. Podróż nie była zbyt męcząca i długa - około 2 godzin z groszami. Po przyjeździe na miejsce natychmiast zameldowałem się u właścicielki łowiska, wykupiłem licencję i zostałem poddany ostremu wywiadowi na temat moich karpiowych umiejętności, posiadanego sprzętu i dotychczasowych wyników w karpiowaniu :] Co prawda nie byłem zadowolony z takiego powitania, ale cóż... pomyślałem sobie że "różnych lokatorów ma Bozia na tym świecie" i nie przejmując się farmazonami udałem się czym prędzej na miejscówkę. Teren łowiska był zadbany i widać było dobrą rękę gospodarzy. Zacząłem dzielnie przygotowywać się do realizacji moich zacnych planów a mianowicie pobicia swojego karpiowego recordu. Rozkładanie całego niezbędnego majdanu zajeło mi trochę czasu ale po skończeniu byłem w ósmym niebie ;) Omal nie zemdlałem z wrażenia gdy po zarzuceniu pierwszej wędki i próbie rzutowej drugiego zestawu, zauważyłem a raczej usłyszałem że na pierwszym kiju szykuje się niezły odjazd. Pomyślałem sobie: - no to zacyno się, i wystartowałem do kija. Oczywiście cięcie, gięcie, coś siedzi ale ciężar tegoż osobnika jakiś lipny! Po szybkim holu do brzegu okazało się że mam jakiegoś skarłowaciałego sumika afrykańskiego, który miał może z 15 cm długości a dość pewnie poczynał sobie z 80 gramowym ciężarkiem. Gospodyni coprawda przygotowała mnie na taką okoliczność. Sumik karłowaty jest plagą tego łowiska i występuje on tam w oszołamiająco wielkich ilościach. Z tego też tytułu gospodarze proszą o nie wypuszczanie ich z powrotem do wody. Ja widząc w jakich ilościach łowi się tego afrykańskiego cudaka, przyjąłem taktykę oddawanie go właścicielom, ponieważ przyjechałem łowić karpie a nie zgłębiać tajniki sztuki rzeźniczej. Wypada wspomnieć że na łowisku zabronione jest nęcenie i wywożenie zestawów za pomocą pontonu oraz przechodzenie na drugą stronę w celu zanęcenia z ręki tuż pod groblą. Żeby osiągnąć najlepsze wyniki zarzuca się zestawy jak najbliżej tejże grobli, ponieważ karpie mają tam swoje ścieżki pokarmowe. Jeśli chodzi o sondowanie to szukanie górek mija się z celem bo takowych tam nie znajdziecie a możecie spodziewać się jedynie mulistego dna. Jak narazie dopuszczalną metodą wywozu zestawu jest łódka zdalnie sterowana, która sprawdza się tam znakomicie. Przytoczę tylko wynik zapoznanych kolegów karpiarzy stosujących takowy sprzęt pływający, którzy w przeciągu jednego dnia wyholowali 16 sztuk pięknych Karpiszonów w przedziale od 8 do 16 kg. Wspomnę tutaj jeszcze iż obiło mi się o uszy że najprawdopodobniej wykorzystywanie w/w łódek będzie również zakazane . Resztę odnośnie regulaminu łowiska można znaleść, na stronie http://www.pstrazna.pl/
Wracając do tematu. Jedynym rozsądnym sposobem na karpiszony, było zakładanie dość sporych rozmiarów kulasów, co najmniej 20mm, coby sumki nie podołały takiemu wyzwaniu i przynęta doczeka się wkońcu spotkania pierwszego stopnia z naszym ulubieńcem. Ja oczywiście zakładałem mniejsze (na początek) i tym sposobem cała pierwsza noc była nieprzespana po nieudanych próbach skonsumowania moich przysmaków przez te małe zmory sumiaste. Jednak około godziny 6:00 piękny, jednostajny dźwięk na dobre wyciągnął mnie z ciepłego śpiworka, z którego wystrzeliłem jak strzała. Szybki rzut oka na tripodzik i widzę jak swingerek wdzięcznie podskakuje przy wędce. Szybkie cięcie i... jest! Czuję wreszcie że coś poważnego na końcu mojego zestawu stara się walczyć z przeznaczeniem. Po dość sprawnym holu moja żonka podbiera ładnego golasa o wadze 10 kg .
Po tej nieprzespanej nocy moje samopoczucie znacznie się poprawiło i zapomniałem szybko o trudach wczorejszego dnia. Ten pięknie zapowiadający się dzień nie skończył się jedynie na tym jednym holu. Przez kolejne godziny było jeszcze parę brań które kończyły się wyciąganiem żarłocznych afrykańców. Nie ma tego złego... mój syn przynajmniej miał frajdę z oglądania w swoim prywatnym dmuchanym basenie harców jednego sumika. Kolejna noc była spokojniejsza i przyniosła efekt w postaci wyholowania 2 kg karpika. Niektórzy zapewne pomyślą taki karp i Pstrążna?! Przecież łowisko to słynie ze sporego pogłowia dużych karpiszonów! Ku mojemu zdziwieniu kolejne dni potwierdziły że można trafić tutaj niewielkie misiaczki o wadze nawet 1kg jak i również dorodne dwudziestaki.
Tak to już bywa w naszym „karpiowym fachu” że poznajemy coraz to nowych ludzi. Ja miałem przyjemność poznać Antoniego wraz z jego synem Krzysztofem, którzy przyjechali nad Pstrążną aż z Gdyni. Ich priorytetowym celem było złowienie wielkiego miśka. Syn Antoniego, zafascynowany karpiową sztuką wędkarską, nie marzył o niczym innym jak o wyholowaniu pięknej dwucyfrówki. Młody ma tylko 10 lat i trzeba mu przyznać iż ambicje ma wielkie, lecz potencjał wiedzy oraz umiejętności troszkę za mały na takie potwory ;) Ze swojej strony zaproponowałem im pomoc w łowieniu kapiszonów, co wzbudziło ich zachwyt i aprobatę. Ponieważ chłopaki wybrali miejsce dość sporo oddalone od mojego obozowiska, moja pomocna dłoń w pierwszym dniu ograniczała się jedynie do zanęcenia ich łowiska oraz do przygotowania i zarzucania zestawów na odpowiednią odległość. Później (dla dobra ogółu) zaproponowałem im żeby przenieśli się na moje miejsce, ponieważ temat nęcenia by odpadł a szansa na spełnienie marzeń Krzysia byłaby wielokrotnie większa. Suma summarum uzgodniliśmy, że chłopaki w pierwszy dzień spróbują sami powalczyć a jeśli noc nie przyniesie spodziewanych efektów, przyjmą zaproszenie i będziemy razem próbować przechytrzyć cwane karpie. Przez cały kolejny dzionek nic się w sumie nie działo więc trochę byłem zdegustowany faktem, iż nasze kijki nie nawiązują kontaktu z wymarzoną rybą. Na wieczór zasypaliśmy łowisko (dość ostro) smakołykami typu pellety, kulki, kuku z konopiami oraz troszkę suchych wynalazków. Za pomocą rakiety oraz pety miotaliśmy nimi poza 80 metr łowiska. Po tych całych manewrach zapodaliśmy na zestawy kulaski o niewdzięcznych zapaszkach typu ładnie śmierdzi i z całym impetem jaki we mnie jeszcze pozostał wysyłałem moje oraz chłopaków zestawy na drugą stronę stawu. Miałem nadzieję że uda mi się spełnić marzenie Krzysia i stanie się chłopak karpiowym łowcą z prawdziwego zdarzenia a ja nie zrobię z siebie mistrza teorii karpiowej i nie przyniosę wstydu mojemu klubowi, który jak by nie patrzeć dumnie reprezentuję ;) W ramach oczekiwań na tego największego, marnowaliśmy czas na degustację trunków chmielowych które wspomagały polemikę o karpiowaniu. Kiedy nadszedł wieczór wszyscy udali się do swoich „kwater”. Leżakując myślałem, czy aby nie przesadziliśmy z tak obfitym zanęceniem tej naszej miejscówki. Moje obawy okazały się jednak bezpodstwne bo już około około godziny drugiej ciszę przerwał solidny pisk sygnałów Krzysia. Chłopak spał w najlepsze. Czym prędzej wypaliłem do wędek w celu interwencji, jednakże Antoni po chwili stał już obok mnie i to on zaciął rybę. Na całe szczęście Krzychu obudził się i w mgnieniu oka zebrał z wyrka. Jego ojciec z bólem serca oddał mu kijek na którym coś pięknie chodziło. Krzycho jak na swój wiek dzielnie się spisywał, jednakże musiałem mu podać kilka małych wskazówek które pomogły mu w wyholowaniu wspaniałego karpia. Po raz pierwszy w życiu widziałem co karp może wyprawiać z 10 latkiem i aby mieć spokojne serce przytrzymywałem mojego małego funfla za plecy aby nie musiał sprawdzać na sobie temperatury wody w stawie. Po paru minutach walki, karp wyraźnie osłabł i złapał powietrze. Był to dla mnie znak że czas chwycić za podbierak. Tym oto sposobem na macie wylądowała niczego sobie ósemeczka, która była zaskoczona naszym widokiem i błyskami fleszy. Po sesji zdjęciowej Krzychu pożegnał się z golaskiem dając mu w podziękowaniu całusa i wypuścił go do wody. Po takich emocjach spaliśmy jak susły, tylko biedny Antoni przesiedział całą nockę obok rod poda, licząc jeszcze na jakiś kontakt z karpiowatymi. Od samego rana wszyscy przeżywaliśmy (jak mrówki okres) wydarzenie z nocy. Chłopaki były bardzo zadowolone z efektów i podziękowali mi za pomoc. Dla mnie sam widok szczęśliwego malca był niesamowity i sprawił mi ogromna frajdę. Wkońcu przystąpiliśmy do konsumpcji śniadanka. Zajadam sobie kanapeczkę, patrzę a tu na moim tripodziku zaczyna się niezła dyskotheka. Po zacięciu i szybkim, dość siłowym holu wynikającym z obawy przed spinką (haki bezzadziorowe) udaje mi się wydoić moją życiówkę. Dorodna dwunastka była zwięczeniem moich wszystkich karpiowych trudów.
Reasumując, wyjazd uważam za udany! Dla tych którzy mają zamiar się tam wybrać powiem tylko tyle że łowisko może naprawdę zaskoczyć zarówno starego wyjadacza jak i totalnego amatora. Jest to typowy komercjuch lecz złapać tu dużego karpia nie jest łatwo! Podziękowania dla bratnich dusz Lucynki, Mirka i ich malej córeczki za miło spędzony czas nad wodą. Jesteście - The Best
- wędkował Karol Jękner |
|