|
Karpiowe Big Game - czerwiec 2008
Nareszcie sobie połowimy... - myślałem 2 czerwca, wyruszając o 9 rano nad znane nam łowisko karpiowe, słynące z pokaźnej ilości ryb. Artek, Jacek, Mariusz i ja (Martinez) ledwo zapakowaliśmy się z naszymi bambetlami do dwóch furaczy i czym prędzej wyruszyliśmy w drogę. Podczas podróży, pełni nadziei i entuzjazmu, ustalaliśmy taktykę łowienia tych największych, najbardziej przebiegłych miśków. Kilometrów nie było za wiele więc i podróż nam się nie dłużyła.
Po przyjeździe na miejsce Jacuś oświadczył:
- łoooo matko... i znowu trza to wszystko rozkładać, ustawiać, montować! eeech, za jakie grzechy…?
Na jego facjacie pojawił się nieskomplikowany wyraz twarzy a oczy były niezmącone żadną myślą ;)
– nie marudź Jacku, woda nam ten trud wynagrodzi, zobaczysz!
Nie polemizując już więcej, zabraliśmy się za rozkładanie obozowiska. Poszło nam to jak zwykle very quick a zimne browarki pomagały nam w logistyce. Po męczącym początku, nadszedł czas na sondowanie łowiska, nęcenie oraz stawianie markerów. Wspólnie doszliśmy do porozumienia że zapodajemy po markerze na głowę. Mariusz z Arturem postawili swoje na ok. 80 i 140 metrze, natomiast ja z Jackiem na ok. 60 i 130 metrze. Zanętę stanowiły ziarna kukurydzy, konopi, rzepiku, granulaty i pellety karpiowe, kulki oraz zanęta sypka. Po tych wszystkich ceregielach związanych z przygotowaniem łowiska do wody powędrowały na zestawach różnej maści Solary, Mainliny, Dynamity itp. specyfiki. Na pierwsze brania nie czekaliśmy długo. Już po ok. 30 minutach od zanęcenia, nastąpił pierwszy odjazd u Mariusza. Kolegen zaciął szybko i pewnie. Jakież było nasze zdziwienie kiedy to po ok. 10 min. holu na macie wylądował piękny pełnołuski, ważący 13 kg. Pierwsza ryba i wcale nie mała, zaostrzyła nam apetyt na dalsze łowienie i większe sztuki. Minęło zaledwie kilka chwil od wyholowania trzynastaka a u Artura zaczęła się ostra jazda na maxa (kolonko). „Dzidek” pobiegł do karpiówek niczym Speedy Gonzales ("the fastest carphunter in all Mexico") i wyhaczył takiego bezłuskiego „wodolota” na 10kg. Gratulacjom nie było końca a podekscytowanie pierwszymi braniami ciągle w nas wzrastało. Patrząc na poczynania naszych klubowych kolegów byliśmy pełni nadziei że wkońcu i u nas coś się powiesi. Faktycznie nasze modły zostały wysłuchane i pierwsze karpiki po ok. 1,5h zaczęły meldować się na naszych zestawach. Wspólnie ustaliliśmy że skoro są tak dobre brania to będziemy zapisywać każdą złowioną rybę i jej wagę. Niestety ta czynność "spaliła na panewce" już pierwszego dnia, ponieważ brań i holi było tak mnogo, że nikt nawet nie myślał o tej męczącej czynności. Kolejne dni przynosiły nam piękne okazy karpiszonów takich od 6 do 13,60 kg największy. Już po trzech dniach nasz głód karpiowania został wpełni zaspokojony a nasze sylwetki zaczęły nabierać pudzianowskich kształtów ze względu na kopalniany charakter tejże „pracy”. Dochodziło nawet do dantejskich scen, kiedy to Artur błagał Mariusza żeby nie nęcił pod jego markerem bo jak mówił: „jeszcze mi coś weźmie i będę musiał holować.” Albo np. z nudów, zakładaliśmy na włosa ugotowane na twardo jajko kurze celem zbadania czy karpie lubią żreć jaja czy wręcz odwrotnie lubią sobie robić z nas jaja! Mariusz po pewnym czasie był już tak znudzony połowami gruntowymi że zaczął próbować szczęścia w łowieniu karpików z powierzchni na skórę z chleba. Lecz i ta metoda nie dawała spodziewanego efektu w postaci chwili spokoju. Podczas całego tygodniowego pobytu na tymże łowisku wyjęliśmy (szacunkowo) około jednej tony karpia. Było to dla nas niesamowite przeżycie ale przede wszystkim test sprzętu oraz doskonalenie technik holowania naszych ulubieńców. Mam nadzieję że wrócimy tam jeszcze w tym roku.
- wędkowali Marcin, Jacek, Artur, Mariusz
|
|