Wydrukuj tę stronęDodaj do ulubionych


Nowaki '07
W październiku 2007r. postanowiliśmy wybrać się na zasiadkę karpiową zakańczającą sezon. Do wyboru miejsca przyczynił się nasz znajomy karpiarz Darek z Sierakowic, który zaproponował nam łowisko komercyjne Nowaki, leżące w województwie Opolskim. Zarówno ja, jak i kolega Marcin, znaliśmy to łowisko jedynie z opisów w internecie oraz opowieści znajomych karpiarzy, którzy przychylnie wypowiadali się na jego temat. Wyprawa została zaplanowana na jeden tydzień, a więc trzeba było zarezerwować miejscówkę i przyczepę campingową, przygotować „tony” sprzętu, prowiantu, zanęt, przynęt, no i oczywiście w pracy wystąpiliśmy o okolicznościowe urlopy karpiowe. Trudniejszym tematem były nasze żonki, matki i kochanki, które musieliśmy pozostawić w domu same, wraz z naszymi małymi pociechami. Jednak ich wyrozumiałość co do naszego ukochanego hobby przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Wyjazd zaplanowaliśmy w środę rano. Plan podróży obejmował moje spotkanie z Marcinem w Krakowie, następnie pokonanie odcinka Kraków – Sierakowice gdzie czekał na nas Dariusz a od niego prosto na Nowaki. Po przyjeździe na miejsce, zgłosiliśmy się do właścicielki łowiska która zapoznała nas z regulaminem jaki obowiązuje na tymże zbiorniku komercyjnym oraz wręczyła kluczyki od przyczepki w której mieliśmy egzystować przez najbliższy tydzień (od środy do środy). Kiedy już zajechaliśmy nad wodę, w blasku słońca ukazał się nam piękny akwen choć ubogi w drzewostan. Na stanowiskach dla karpiarzy zamontowane były drewniane pomosty, co jest dużym udogodnieniem m.in. przy pontonowych manewrach typu wywożenie zestawów czy zanęty. Niewiele namyślając się, przystąpiliśmy do przygotowania stanowisk, sprzętu, zanęt, przynęt oraz nasze ulubione zajęcie jakim jest pompowanie pontonu. Nie wiedzieć czemu zawsze trafia się ono mojej skromnej osobie. Chłopaki, po przygotowaniu przeze mnie sprzęta pływającego, przystąpili do sondowania łowiska, stawiania markerów oraz nęcenia. Po tych wszystkich ceregielach pozostała tylko wywózka naszych zestawów i już można było zając się robieniem dobrego żarełka i napitków (po męczącej podróżny) w naszej komfortowej przyczepie. Kolejnym miłym zaskoczeniem była piękna pogoda jak na październik, która towarzyszyła nam przez calutki tydzień. Obawialiśmy się coprawda nocnych przymrozków ale byliśmy na taką ewentualność przygotowani – ciepłe ciuchy, grube śpiwory no i oczywiście napoje rozgrzewające. Pierwsza noc minęła spokojnie, nasze sygnaliki coprawda odezwały się parę razy (pojedyńcze piknięcia) ale bez większych emocji. Tej nocy dojechali koledzy po kiju (z Warszawy), którzy już wcześniej tu łowili i sprzedali nam trochę info odnośnie co? gdzie? i jak łowić? Rano okazało się, po rozmowie z sąsiadami ,iż kilkanaście dni wcześniej odbywały się na tej wodzie zawody karpiowe. Pojawiły się wtedy obawy co do sukcesów naszej zasiadki, ponieważ woda mogła zostać przenęcona a ryba o tej porze roku nie żre tak intensywnie jak latem! Jednakże nie poddając się, przystąpiliśmy do bardziej szczegółowego sądowania dna w różnych miejscach akwenu oraz postanowiliśmy niektóre nasze zestawy wywieźć gdzie indziej niż w uprzednio nęcone miejsca. Kolejne dwa dni spędziliśmy w oczekiwaniu na jakiekolwiek „piknięcie”. Niestety zmiany przynęt, zestawów, miejscówek, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Wśród tych chwil oczekiwania pocieszała nas tylko piękna pogoda - nastrajając pozytywnie, a także spinningi które znaleźliśmy w przyczepie. Dzięki nim rozkminiliśmy że cokolwiek w tej wodzie jeszcze żyje i pływa. Udało nam się trachnąć parę małych okonków na obrotówki. Któregoś wieczoru, siedząc sobie wygodnie w przyczepce, usłyszeliśmy dźwięk sygnalizatora, który każdy karpiarz uwielbia, a zwłaszcza tan ciągły pisk! - No wkońcu jest pierwsze porządne branie z pięknym odjazdem – zagaiłem do chłopaków. Darek z impetem zacina i twierdzi że coś siedzi lecz po karpiówce niewiele widać. Po krótkim holu okazało się, że jest to dość sporych rozmiarów karaś, który połakomił się na Pellet halibut 20mm. Małe rozczarowanie na twarzach wszystkich , ale również nadzieja że ten wieczór przełamie naszą nienajlepszą passę w kolejnych dniach. W końcu nadszedł mój dzień wyjazdu (niedziela) i niestety musiałem się pożegnać i z rybami i z miłym towarzystwem, ponieważ w poniedziałek musiałem być już w pracy. Chłopaki urzędowały do środy. Z tego co mi później opowiadali, nie mieli jakiś szczególnych „kokosów” w połowach. Zaledwie jeden karpik 7kg, którego złowił Marcin, to było wszystko na kilkanaście wywiezionych wędek. Nawet miejscowi nie połowili choć są tam stałymi bywalcami i wiedzą o co chodzi.... Jedynie kaczki i ptoki wodne miały niezłą, darmową wyżerę, cały czas okupując nasze markery. Wszyscy wróciliśmy do naszych domów wpełni zadowoleni, bo nie liczy się wielkość tylko technika :D Mam na myśli oczywiście wielkość połowu i technikę łowienia.
 
 

 
- wędkowali Martinez, Karol, Darek
 
 
 
 
 Copyright © KKK 2008